Jedna z historii o Sammy Boone poruszyła mnie najbardziej. Jest w niej coś przejmującego: dziewczyna prawie niewidzialna, chuda, milcząca, a jednocześnie zaskakująco silna. Maggie Shipstead pokazuje, że siła nie zawsze objawia się buntem czy odwagą na pokaz. Czasem polega na tym, żeby wytrwać. Żeby robić swoje, nawet gdy nikt nie bije brawo. Czytając o Sammy, często łapałam się na tym, że czuję do niej czułość — taką cichą, bezradną, jaką ma się wobec kogoś, kogo nie da się łatwo ochronić.
Ta książka jest też o miłości, ale nie tej filmowej. To miłość trudna, uwikłana, czasem bolesna, pełna niedopowiedzeń. Bohaterowie chcą bliskości, ale nie bardzo wiedzą, jak po nią sięgnąć. I właśnie to wydaje mi się w Kowbojskim tangu najbardziej prawdziwe — ten głód bycia zauważonym, nazwanym, wybranym, który każdy z nas nosi pod skórą.
Zamknęłam książkę z poczuciem lekkiego smutku, ale też dziwnego ukojenia. Jakby ktoś powiedział: „Twoje tęsknoty nie są wyjątkowe — wszyscy je mamy”. Kowbojskie tango zostaje w głowie nie przez fabułę, lecz przez emocje. Przez ciszę między zdaniami. Przez bohaterów, których nie da się łatwo zapomnieć.
To jedna z tych książek, które czyta się sercem, nie po to, żeby „coś się wydarzyło”, ale żeby coś w nas drgnęło.













